Janowszczyzna w TVP
Telewizja Polska w ramach cyklu "Z Europą na Ty" wyemitowała reportaż o Izbie Regionalnej w Janowszczyźnie. Izba pokazana została nie tylko jako muzeum, które gromadzi eksponaty z okolicznych wsi, ale również jako centrum kulturalne, w którym kultywuje się dawne obrzędy i zwyczaje ...
Zobacz film o Izbie
[iTVP]
FOTO-GALERIA
Zapraszamy
do obejrzenia galerii fotografii utworzonej ze zdjęć zrobionych w Izbie
w 2007 r.
Wejdź
do galerii
Jak zarobić na serze?
|

Ser
suszony wytwarzany przez Jana Ancypo zyskał kilka tygodni temu
miano produktu tradycyjnego. Teraz trzeba przekonać gospodynie
domowe, żeby chciały go produkować na większą skalę. (fot.
Martyna Tochwin) |
Kilka
tygodni temu ser suszony został zarejestrowany jako produkt
tradycyjny. Teraz Jan Ancypo z Izby Regionalnej w Janowszczyźnie myśli,
jak go rozpowszechnić i na nim... zarobić. W
sierpniu ser suszony wypromowany przez Jana Ancypo został
zarejestrowany jako produkt tradycyjny pod nazwą ser suszony
podlaski. Mimo, że Ancypo chciał, żeby ser miał w nazwie "sokólski”,
jego starania spełzły na niczym.
- Mimo najszczerszych chęci nie udało nam się wstawić tam nazwy
naszej gminy. Wiadomo bowiem, że ten ser był robiony nie tylko na
Sokólszczyźnie, ale na całym Podlasiu, a nawet na Litwie i Białorusi
- tłumaczy Jan Ancypo. - Gdybyśmy więc przywłaszczyli sobie jego
nazwę jako "sokólski”, byłoby to w pewnym sensie
nieuczciwe w stosunku do innych miejsc, gdzie go produkowano. |
Wielką bolączką Jana Ancypo jest to, że
praktycznie jest on jedynym wytwórcą sera suszonego. A w takiej
sytuacji ciężko produkować go w większych ilościach i sprzedawać
na różnego rodzaju targach i kiermaszach.
- Najbardziej zależy mi na tym, żeby przełamać tę niemoc i żeby
nasze gospodynie zaczęły go produkować, a co za tym idzie, zaczęły
na nim także zarabiać - mówi.
W kupie siła
I właśnie o tym, jak zacząć zarabiać na serze, z
wiejskimi gospodyniami rozmawiali we wtorek specjaliści z Wyższej
Szkoły Ekonomicznej w Białymstoku. Na spotkanie do Izby
Regionalnej przyjechali między innymi prof. Bazyli Poskrobko z WSE
oraz Tomasz Sołomianko, wykładowca i ekspert turystyczny.
- Musicie działać razem w stowarzyszeniu - przekonywał Tomasz Sołomianko.
- Jeżeli bowiem każdy z was indywidualnie zacznie działać na własną
rękę, to zginiecie. Siła tkwi właśnie w zgromadzeniu.
Tomasz Sołomianko przekonywał gospodynie, żeby nie bały się sięgać
po środki unijne. To Unia bowiem ma im dać pieniądze praktycznie
na wszystko.
- Wasze stowarzyszenie może występować jako beneficjent środków.
Dlatego trzeba już dziś pisać i składać wnioski. Na wszystko możecie
dostać pieniądze: na wybudowanie suszarni do serów czy pieca do
wypieku chleba - przekonywał Sołomianko.
20 złotych za kilogram
Jan
Ancypo podkreśla, że warto zająć się produkcją serów suszonych. Po
pierwsze - mają one wyjątkowy smak i aromat, po drugiej - można zarobić
na ich produkcji.
- Czysta gospodyni, dobre mleko, dobre przetwórstwo - w tym tkwi sukces
sera suszonego - podkreśla Ancypo.
Jak dodaje, według jego orientacji kilogram sera suszonego mógłby
kosztować około 50 złotych. Taką cenę osiągałby w sklepie.
Natomiast rolnik za kilogram sera mógłby dostać nawet 20 złotych.
- To jest naprawdę opłacalne, zwłaszcza dla rolników małych z kilkoma
krowami. Według mnie jest to dla nich świetna propozycja - podkreśla
Ancypo.
Robi
wrażenie
Jan
Ancypo tłumaczy, że ser suszony robi duże wrażenie nawet na wybitnych
znawcach sztuki kulinarnej.
- Niedawno odwiedził mnie w Izbie Polak mieszkający na stałe w Szwecji.
Jest znanym twórcą książek kucharskich. Nomen omen nosi takie samo
nazwisko jak ja - mówi. - Objechał całą naszą okolicę i jedynie
tutaj spotkał się serem suszonym. Okazało się, że bardzo mu posmakował
nasz regionalny produkt.
Martyna Tochwin, 17 września 2007 r.

Jak tradycyjnie, to tylko w Janowszczyźnie
|

Jan
Ancypo z Izby Regionalnej w Janowszczyźnie prezentuje trzy sokólskiej
smakołyki: ser suszony, chleb wiejski oraz kumpiak po sokólsku
(Fot. Izba Regionalna) |
Korycin ma swój ser i kiełbasę,
a Sokółka może pochwalić się kumpiakiem, chlebem wiejskim i
serem suszonym. Te trzy smakołyki rodem z tradycyjnej kuchni
wymienione zostały w niedawno wydanym folderze Izby Regionalnej w
Janowszczyźnie. Są to produkty, którymi Sokółka może szczycić
się których nie mogą nie znać jej i mieszkańcy.
Kumpiak po sokólsku to nic innego jak szynka wieprzowa wytworzona
naturalnymi metodami bez wędzenia. Taki sposób wytwarzania trwałej
żywności był charakterystyczny dla wsi sokólskiej. Oprócz
kumpiaka podobno robiono kiełbasę wiejską, słoninę i sery. Później
przechowywano je na strychach w specjalnych koszach wierzbowych z
pokrywą, każdy gatunek osobno. Na strychu panował odpowiedni
mikroklimat, który służył długotrwałemu przechowywaniu. Słomiana
strzecha gwarantowała suche i przewiewne powietrze, a latem
odpowiedni chłód. |
Sześć miesięcy dojrzewania
A jak wyglądał proces wytworzenia sokólskiego kumpiaka? Szynka
wieprzowa natarta czosnkiem, owocami jałowca, ziołami i pieprzem
wkładana była do drewnianej beczki lub skrzyni z solą. Okres ten
trwał ponad dwa miesiące. Miejsce, w którym w tym czasie leżała
szynka też nie było bez znaczenia. Musiało to być chłodne
pomieszczenie bez okien z glinianym klepiskiem, czyli tak zwana
komora.
Gdy szynka była już dobrze wysolona, trzeba było ją obmyć z
nadmiaru soli i zawiesić do suszenia. Mięso dojrzewało w sąsiedztwie
aromatycznych ziół, zawieszonych na przemian z szynkami. Proces
ten trwa co najmniej przez sześć miesięcy. W tym czasie kumpiak
twardniał, nabierał znakomitego aromatu i smaku. Mógł być tak
przechowywany przez cały rok. Trzeba jednak zaznaczyć, że
oryginalny smak i trwałość uzyskuje się wyłącznie z
wieprzowiny najwyższej jakości, to znaczy pochodzącej z dojrzałych
sztuk hodowanych tradycyjnymi metodami na miękkiej ściółce.
Ser na szczycie domu
Tradycje suszonych serów są znane na Podlasiu od stuleci. Kiedyś
przy każdym dworze i dworku była suszarnia zwana sernikiem lub
lesicą. Była to zadaszona przewiewna budowla na czterech słupach,
do której wchodziło się po drabinie. Drobniejsi gospodarze
suszyli sery w szczycie domu wiejskiego lub na strychu w krytym
koszu wiklinowym.
Martyna Tochwin, 27 maja 2007 r.

Wielkanocne zwyczaje sokólszczyzny
|




|
Jest
stary zwyczaj, że w Niedzielę Palmową, kto wcześniej wstał
budził domowników uderzając palmą lub witką wierzbową mówiąc:
Wierzba bije, nie ja biję.
Za tydzień-wielki dzień,
Za sześć noc-wielka noc.
Rano
po rezurekcjach gospodarze ścigali się w drodze powrotnej
do domu, kto przyjechał pierwszy furmanką lub bryczką ten miał
dobrą wróżbę na cały rok. Wyścigi przybierały nieraz dość
dramatyczne momenty, gdyż gospodarze traktowali to wydarzenie
bardzo poważnie- była to sprawa honorowa.
„Święconka”-
święcone jajka, chleb, kiełbasa
wiejska, sól i inne są zjadane jako pierwsze przy stole
Wielkanocnym.
Pisanki,
zwane także kraszankami, to jaja malowane na Wielkanoc. Jaja
farbowano w wywarze z kory dzikiej jabłoni - na zielono, także w młodym
życie zerwanym z pola. Kolor żółto-zielony uzyskiwano z jemioły,
kolor rudy z kory olchy, różne odcienie brązu dają łupiny
cebuli.
Zabawa
z pisankami „na wybitki”- przeciwnicy uderzają
pisankami jedna o drugą, kto stłucze jajko przeciwnika, wygrywa i
zabiera je.
„Moc” jaja sprawdzano uderzając lekko jajem w zęby
„zubanie” i po odgłosie oceniano jego przydatność.
Była to umiejętność skrzętnie skrywana, pozostawała tajemnicą.
Istniało wiele sposobów na pozyskanie „mocnego” jaja, ktoś
przypisywał moc jaja określonemu kolorowi kury która je znosiła, inny
zaś karmie jaką sypano kurom, lub rasie kury.
„Włóczebne”,
chodzenie po „Alleluji” lub tak jak w Janowszczyźnie
„Hałokanie”- zwyczaj chodzenia mężczyzn, wieczorem
drugiego dnia świąt po wsi ze śpiewem i życzeniami, a wszystko to
czynią pod oknem gospodarza, który za „hałokanie” płaci
lub daje jajka czy kiełbasę. Następnego dnia za zdobyte dary odbywa się
biesiada.
„Włóczenno”
– na drugi dzień Wielkiejnocy rodzice
chrzestni obdarowują chrześniaków włóczennem. Był to zazwyczaj
„węzełek” z płótna białego, w którym musiały być obowiązkowo
jaja malowane, pieróg- (proste ciasto drożdżowe), kawałek lepszego
ciasta, słodycze- jakieś cukierki i ewentualnie zabawka lub prezent- (coś
z ubrania).
Jeżeli
dziecko samo szło po „włóczenno” to również niosło
węzełek a w nim kawałek ciasta. Stosownie do
wieku chrześniak był odpowiednio przyjmowany i częstowany, traktowane
to było z odpowiednią atencją, niewątpliwie było to wydarzenie ważne
dla domu. Bywało, że jednego roku chrześniak przychodził po włóczenno,
a drugiego roku było jego wesele- tak też się zdarzało.
„Śmigus”-
oblewanie się wodą na drugi dzień Wielkiejnocy.
Spisał:
Jan Ancypo
|
|
Ser
suszony sokólski



|
Od
stuleci suszono sery na Podlasiu. Pisze o tym badacz Podlasia
etnograf i folklorysta
Zygmunt Gloger w Encyklopedii Staropolskiej na str.227 „W
serniku świeżo robione sery suszą”. Dawniej przy każdym
dworze i dworku była suszarnia zwana sernikiem lub lesicą. Była
to zadaszona przewiewna budowla na czterech słupach do której
wchodziło się po drabinie.
Drobniejsi
gospodarze suszyli sery w szczycie domu wiejskiego lub na strychu w
krytym koszu wiklinowym i tamże były przechowywane na czas zimy.
Ta tradycyjna metoda produkcji serów suszonych przetrwała na sokólszczyźnie
do dnia dzisiejszego.
Jest
to najbardziej znany od wieków wyrób
serowarski na tym terenie. Popularność tego produktu kulinarnego
była przyczynkiem do powstawania wielu niewybrednych żartów.
Niestety jak to bywa z rubasznymi powiedzeniami i żartami - trudno
jest je przytoczyć tym bardziej gdy są w gwarze. Najczęściej były
to porównania sił witalnych do twardości tego sera. serowarski na
tym terenie.
Traktowany
był jako przysmak, dlatego hasająca
zmierzchem kawalerka zdejmowała ze szczytów domostw suszące się
sery. To przewinienie było jeszcze dopuszczalne - taka fantazja
kawalerska, ale należało się do tego przyznać chwaląc gospodynię za
smaczny ser.
Jeszcze
przed rokiem 1970 widok suszącego się sera w szczytach wiejskich
domów na sokólszczyźnie był naturalny i zwyczajny, obecnie
sporadyczny. Niegdyś był wytwarzany
przeważnie na okres zimy, na czas kiedy to w gospodarstwach występował
niedobór mleka. W okresie wiosenno – letnim mleka było więcej
więc zapobiegliwe gospodynie robiły zapasy z serów suszonych. Zimą
były prawdziwym rarytasem. Ser suszony ze względu na walory
smakowe jak i trwałość zasługuje na większe zainteresowanie.
Jan
Ancypo, luty 2007
|
Siekiery na bok
Trwają
od Bożego Narodzenia do Trzech Króli - tzw. "święte
wieczory”. Podczas nich należy przestrzegać kilku zasad, np. nie używać
ostrych narzędzi ani niczego reperować.
O
"świętych wieczorach” opowiedzieli nam mieszkańcy podsokólskiej
wsi Janowszczyzna i sąsiadujących z nią miejscowości.
- To taki czas, kiedy do ręki nie powinno się brać żadnych noży, gwoździ,
igieł ani siekier. Dlaczego? Ponoć między Bożym Narodzeniem a Trzema
Królami nasze domy odwiedzają dusze zmarłych. Ostre narzędzia mogą
wyrządzić im krzywdę i wtedy duszyczki potrafią się zemścić. Kiedyś
ludzie bardzo przestrzegali "świętych wieczorów”. Teraz ten
zwyczaj powoli zanika. Na szczęście nasza wieś jest wierna tradycji -
powiedziała Jadwiga Laskowska z Janowszczyzny.
Starsi ludzie wierzą, że tego, kto zapomni o przestrzeganiu zasad właściwych
"świętym wieczorom”, spotka coś złego. Rąbanie drzewa w
tym szczególnym czasie grozi rozpadem rodziny. Tym samym skutkuje posługiwanie
się nożem.
- Wtedy nie powinno się również naprawiać starych rzeczy. Raz, jak były
"święte wieczory”, mąż mojej cioci porwał kożuch. Uprosił
żonę, żeby załatała dziurę w skórze. Rzecz wydarzyła się tuż
przed Nowym Rokiem. Nie trzeba było długo czekać, a w ich gospodarstwie
urodziło się chore jagnię. A wszystko przez te cerowanie kożucha -
przekonywała Teresa Barcewicz-Aniśko z Janowszczyzny.
"Święte wieczory” powinny upływać na spotkaniach w gronie
przyjaciół i znajomych.
- Dawniej zbieraliśmy się w jednej chacie. Wymyślaliśmy różne zajęcia.
Na stole stawiało się wór pierza, które trzeba było porwać. Robota
szła w mig, bo całe towarzystwo opowiadało zabawne historie. Pierze
darli też panowie, ale jakoś mało sprawnie im to wychodziło - dodała
Jadwiga Łopatecka z Janowszczyzny.
Podczas "świętych wieczorów” młodzież organizowała też
potańcówki.
- Bo to był czas szalonych zabaw - przyznała Teresa Baranowska z
Jeleniej Góry koło Janowszczyzny.
Dorota
Biziuk, 5 stycznia 2007 r.

|